
Tak lub inaczej
Zbliżałem się do trzydziestki i miałem głowę pełną myśli o przyszłości, perspektywach i innych tych sprawach, które doprowadzają do bezsenności, jeśli jest się blisko trzydziestki, nie ma się nic i czuje się narastającą presję ze wszech stron. Najbardziej irytujący są wówczas rówieśnicy, pnący się tam, gdzie sobie zaplanowali, kupujący żonom samochody i wyjeżdżający w lipcu na safari. Zasadniczo byłem racjonalny. Czemu więc nie potrafiłem spojrzeć na to racjonalnie? Bo przecież mojej żonie nie potrzebny był samochód, a mnie zbędne było safari. A jednak działała na mnie ta cała presja, jakbym nie starał się jej racjonalizować. Rozmyślałem wieczorami o szybkich pieniądzach, popadałem w bezsenność, która zaczęła nawet wypierać dobrze, wydawałoby się, prosperujący alkoholizm. Nie mogłem pić, kiedy tylko zaczynałem myśleć o tych wszystkich pierdołach, o tych tak zwanych sprawach życiowych. Próbowałem się pocieszać, przypomniałem sobie nawet tę biblijną dykteryjkę o gościu, który bogacił się przez całe życie, był pieprzonym skąpcem i uzbierał całkiem sporo pieniędzy, skarbów i innych wiktuałów, a potem zdechł i gówno z tego wszystkiego miał. Ale takie pocieszenie przynosiło mi równie dużo radości, jak majątek nieboszczykowi. Że pieniądze szczęścia nie dają, można wciskać małolatom. Żarcie kosztuje, fajki kosztują, picie też kosztuje, nie warto być w tym względzie naiwniakiem.
Przeczytałem w internecie o kolejnej podwyżce akcyzy na papierosy i to wyprowadziło mnie już w ogóle z równowagi. Skurwysyny ciągle chcą ze mnie skubać, a jeśli wyskubią już wszystko, to przemielą, wygniotą i zrecyklingują. Nie zwiększyło to mojego optymizmu i wydawało się, że ten mijający dzień będzie już prawdopodobnie zupełnie pozbawiony sensowniejszej historii, oprócz zwiększonego poziomu frustracji. Tym razem jednak było inaczej.
Poprosiłem o audiencję u Szatana. Okazał się być wyrozumiały.
Wybrałem się do jego biura umieszczonego w samym centrum Halemby przy Kłodnickiej następnego dnia rano. Wyszykowałem się jak rzadko kiedy, przypastowałem i wyglancowałem buty na wysoki połysk, przeprasowałem koszulę i odkurzyłem ciemnoszary prążkowany ancug i dobrałem do tego elegancki, wąski krawat. Czułem się w tym wszystkim jak ostatnia ciota, jakby mi ktoś jednym kijkiem od szczotki usztywnił przestrzeń pomiędzy plecami i ramionami, a drugi wsadził w tyłek. Tak odstawiony wpakowałem się do autobusu, który mnie zawiózł z Goduli na Halembę. Po drodze minąłem jedną hutę, dwie kopalnie i jeden spory zakład masarniczy. Na Chebziu wysiadło parę osób, to miałem miejsce, żeby usiąść. Na Frynie weszło kilka babć, to wstałem, żeby jedna z nich nie musiała stać.
U Szatana poczekałem chwilę w niedługiej kolejce. Przede mną stał gruby górnik, który chciał odmienić swoje życie. Wszyscy chcieli odmienić swoje życie. I nikt nie miał żadnego pomysłu. To nas łączyło.
- Papierosy mają zaś zdrożeć – zauważyłem.
- Zaś? Przecież niedawno poszły w górę – zirytował się górnik. – Kurzę już najgorszą słomę, mom se tera trawę rwać i suszyć?
No i tak żeśmy sobie pogadali, a potem górnik wszedł do środka, a ja dalej czekałem.
A potem mnie zawołano.
- Sprawa wygląda tak – rozpocząłem – że fajki drożeją, a ja nie nadążam z finansami.
Szatan przyglądał mi się przez chwilę, potem wyjął z międzyzębów ogromne cygaro wyprodukowane na udzie hawańskiej murzynki.
- Chcesz pieniędzy? – zapytał.
- Nie – odparłem.
- Pomóc ci w rzucaniu palenia?
- Nigdy w życiu.
- To czego chcesz?
Wstałem ze stołka, bo czułem, że to, co mam do powiedzenia trzeba mocno zaakcentować. Podniosłem prawicę wskazując błękitne chmury za oknem, ale szybko ją upuściłem. To było zbyt dużo. Usiadłem i powiedziałem:
- Chciałbym, żeby w moim życiu obyło się bez tej całej presji.
- OK – odpowiedział Szatan.