Archiwum dla Luty, 2010

o zakochiwaniu się

Luty 18, 2010

“Ludzkość składa się z dziwnych istot: połowa potępia to, co czyni, połowa czyni to, co potępia. Pozostali zawsze mówią i postępują  jak należy”.

B. Franklin

Dzisiaj stary, archiwalny tekst, który tak chwaliła Twoja siostra. Pewnie myśli, że to o niej.

Rebeka

Księżniczka Rebeka była prawdziwą księżniczką, nie tam żadną głupią  gęsią ze wsi, która codziennie o wpół do szóstej ogląda serial na jedynce. Rebeka nie oglądała tych seriali o dobrodusznych proboszczach i rodzinie lekarza od niewiadomo czego. Księżniczka Rebeka oglądała filmy Almodovara, paliła cienkie papierosy o smaku miętowej gumy i nie oglądała się za chłopakami w kaloszach. Nie chciała byle czego. Chciała najlepszych fryzjerów i gustownych ciuchów. Czytała książki po angielsku i czatowała z prawdziwymi Francuzami. Z mięsa jadła tylko ryby. Z ryb jadła głównie łososia. Łosoś to taka tłusta, różowa ryba.

Nie było łatwo przyciągnąć jej uwagę. Starałem się już  o to wiele miesięcy, od momentu, kiedy podglądałem ją wieczorem z drzewa, jak przebierała się w swojej sypialni. Najpierw zdjęła koszulkę, potem majteczki, a następnie zaczęła się nacierać kremem. Całe ciało miała w tym kremie. Miała jędrne, dziewczęce ciało. Była szczupła i gibka. Na podbrzuszu miała wytatuowanego motyla z kolorowymi skrzydełkami. Włosy farbowała czarną henną, grzywkę przycinała na skos. Stała przez chwilę, taka jędrna i nakremowana, zupełnie na wprost mnie. Siedziałem na drzewie z lornetką i przez chwilę wydawało mi się, że księżniczka Rebeka patrzy również na mnie. Że mnie też podziwia. A potem zgasiła światło.

Pojechałem więc do Krakowa i kupiłem w centrum handlowym nieprzyzwoicie drogą  marynarkę z granatowego sztruksu. Wyglądałem w niej trochę  dandysowato, albo po prostu pedalsko, ale miałem wrażenie, że w czymś takim właśnie powinienem pokazać się Rebece. Rebeka powinna to docenić.

Wyobrażałem sobie to tak: z piwnicy ojca zabieram jakąś drogą flaszkę  czerwonego wina, przyodziewam się w tę marynarkę i wyglancowane buty, idę do niej, dzwonię do drzwi, ona otwiera, ja cytuję coś ze Stachury, co przygotowałem wcześniej w domu, ona zabiera mnie na górę, wino leje do kryształowych kieliszków, ja coś tam mówię, ona coś tam mówi, w tle muzyka jakaś taka pro, niech będzie Coltrane albo Davis, mówimy do siebie ogólnie, przysuwamy się do siebie, ona komplementuje moją marynarkę i że buty tak się świecą, a ja jej na to:

- W takim razie pokaż mi swoje majtki – czy coś w tym stylu. No to ona bierze i pokazuje. Ma takie bardzo obcisłe, ze śliskiego materiału, fioletowo-różowe, obszyte koronką, a z tyłu wychyniają pośladki okrągłe. Chwytam ją przez pas, gwałtownie, ostro i liżę ją po tych majtach, obśliniam całe, pała stoi mi w poprzek spodni i próbuje sama otworzyć rozporek.

Wyszło jednak trochę inaczej. Ubrałem żakiet i lekko przykurzone buty, ale wina już nie wziąłem, bo ojciec pochował klucze do piwnicy nie wiadomo gdzie i to już mogło mi dać do myślenia, że obrana strategia może nie wypalić. Byłem zbyt napalony, żeby kierować się rozsądkiem. Libido pulsowało mi w spodniach, serce stukotało w butonierce. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa. Miłość gra na dwa, w marszowym tempie po czterech kawach. Wino wydawało się niepotrzebne. Sam z siebie, z głowy, byłem już mocno podpity. Lazłem ścieżką przez las i myślałem jak, co powiedzieć. Najważniejsze jest pierwsze i ostatnie słowo. W pierwszym trzeba tak bardziej abstrakcyjnie, zmyślnie, ezoterycznie. To buduje dobrą bazę dla transcendencji dusz. W ostatnim można już konkretniej, przyziemniej, w kierunku podbrzusza.

- Dzień dobry – powiedziałem. W drzwiach stał ojciec Rebeki. Miał na sobie gacie, obwisły brzuch i włosy na cyckach.

- Coś ty za jeden? – zapytał z gracją radzieckiego niedźwiedzia.

- Jestem kolegą Rebeki. Ze szkoły.

- Ze szkoły?

- Tak.

- Rebeka! – wrzasnął. – Jakiś ciul do ciebie!

Znalazłem się w dziwnie deprymującej sytuacji. Niby mój ojciec też  po domu chodził w gaciach, ale tutaj spodziewałem się spotkać  dystyngowanego pana pykającego elegancką fajkę. A zamiast tego przywitał mnie spocony gbur, zapewne pijany denaturatem. Przyjrzałem mu się dokładniej. O nie. Ten tłusty pokurcz z pewnością nie był dawcą genów dla księżniczki Rebeki, co najwyżej mógł być jej ojczymem. A może sponsorem? Nie no, bez przesady, na taki mezalians z pewnością by sobie nie pozwoliła. Na szczęście grubas się ulotnił, a ja w spokoju mogłem sobie układać w głowie co i jak po kolei zrobię.

- Czy my się znamy? – zapytała nagle, bo trochę odpłynąłem w związku z tymi wszystkimi strategiami, które obmyślałem.

- Ze szkoły.

- Aha.

Stała przede mną i przyglądała mi się uważnie. Trochę mnie zasmuciło, że zupełnie mnie nie kojarzyła, ale przynajmniej teraz miała okazję obejrzeć mnie dokładniej. Widziała z kim ma do czynienia, że nie z byle oprychem, ale całkiem kulturalnym chłopakiem z aspiracjami.

- O co chodzi? – zapytała.

- Chciałbym wejść.

Zawahała się, ale wpuściła mnie do środka. Czułem, że dobrze mi idzie. Dostałem się już do jej domu, przełamałem pierwsze lody, ona sobie mnie pooglądała, kurde, byłem już naprawdę  blisko celu. Mieszkanie urządzone było tradycyjnie, bez przepychu, ale i bez dziadostwa. Żadnych plastikowych kwiatków i folii na tapczanie. W zamian na tapczanie w salonie rozwalił się stary Rebeki i chyba nieco przysnął. Zaprowadziła mnie więc do przestronnej kuchni, w której stał drewniany stół, przy którym mnie posadzono.

Rebeka nalała mi wody do szklanki i zapytała niezbyt precyzyjnie:

- A więc?

- Jestem Kuba – przedstawiłem się, bo to przecież wypada.

- A ja Rebeka.

Trzymała kurczowo swoją szklankę i wydawała się speszona. Dobrze! Wie już, jak się nazywam, a do tego to nie ja się denerwuję – to ona jest speszona moją obecnością! Przewidywałem, że będzie jeszcze lepiej.

- Czytam książki – postanowiłem podzielić się z nią moją osobowością. – Różne. Mam też  inne zainteresowania. Na przykład muzyka. Słucham muzyki. Różnej.

Rebeka słuchała mnie z uwagą. Wpatrywała się w ruch moich ust, każde moje słowo rozważała, była niezwykle uważną słuchaczką. Starałem się więc mówić coraz wolniej, żeby się, biedna, nie pogubiła. Jednak i tak zmęczyła się trochę, bo zauważyłem kropelki potu na jej słodkim czole. Mam oko do takich rzeczy.

- Mam oko do takich rzeczy – poinformowałem ją.

- Do jakich rzeczy? – zdziwiła się.

- Widzę, jak się ludzie denerwują. Nie ma czym, nie przejmuj się.

Napiła się wody i to jej dodało chyba animuszu.

- Ale ja dalej nie rozumiem, o co ci chodzi? Do czego zmierzasz…  Kuba?

- Rebeko – powiedziałem powoli, żeby się więcej nie zdenerwowała. – Chciałem cię po prostu zainteresować swoją  osobą.

Usłyszałem tykanie zegara w przedpokoju oraz chrapanie jej starego leżącego w pokoju obok, więc chyba zrobiło się cicho. Te podchody to trudno rzecz. Bardzo łatwo się pierdolnąć o niespodziewaną kłodę albo inne ustrojstwo. Rebeka milczała, musiałem zadziałać, żeby uratować ten wieczór. Musiałem odnaleźć w sobie demiurga miłości. Teraz ja powinienem zadać jakieś pytanie, że niby się interesuję jej myślami, refleksjami, co ma do powiedzenia o życiu, społeczeństwie, literaturze i polityce. Bo przecież to najlepsza jest rzecz, gdy dwoje kochanków dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Dzięki temu powstaje zrozumienie. Dzięki temu można łatwiej rozpoznawać potrzeby drugiej strony i zaspokajać jej w pełni. Dawać siebie.

Zapytałem więc z czułością:

- Rebeko?

- Tak?

- Co lubisz w seksie?

Katolicy

Luty 17, 2010

Dziś opowiadanie o katolikach. Dan Brown byłby ze mnie dumny, gdyby umiał po polsku.


Katolicy

Katolicy wierzą w potworki, gadające muchomory i pająki tworzące sieci okalające świat i dążące do jego zagłady. Może uogólniam, może generalizuję, może coś źle zrozumiałem. Słyszałem, że porywają noworodki, kładą na stole, wycinają woreczki żółciowe i składają w ofierze wielkiem żółwiowi. Nie rozumiem, po co to robią.

Rozmawiałem z jednym katolikiem, kreacjonistą.

- Świat wypadł z ucha wielkiego żółwia – powiedział (możliwe, że powiedział coś innego, ale i tak nurzał się w absurdzie).

- Ale żółwie nie mają uszu – odparłem (trochę blefowałem, bo nie znam się na biologii).

- Wielki żółw ma.

- Ale żółwie nie mają zdolności twórczych.

- Wielki żółw ma.

- Żółwie są głupie i powolne.

- Wielki żółw jest erudytą i biega w maratonach.

Dotarło więc do mnie, że zbyt prosty jestem, by zrozumieć transcendencję, a do tego nie lubię tych wszystkich zwierząt; żółwi, owiec i baranków.

A co mi tam

Luty 9, 2010

Pewnie wydaje Ci się, że jesteś lepszy ode mnie, bo Twój blog błyszczy wymuskaną grafiką, a Ty dodajesz posty każdego ranka, każdego popołudnia i każdego wieczora. Znajdujesz sobie dziwne tematy i silisz się na filozofa, podczas gdy Twoja siostra przez ostatnie 2 lata jęczała, wiła się i podskakiwała bardziej energicznie niż te wszystkie lafiryndy z gazet i filmów, przy których się brandzlujesz.

Myślisz, że to bez sensu pisać bloga z częstotliwością co dwa lata? Stary, mój kolejny post ukaże się może nawet i za pięć lat i gwarantuję Ci, że będzie wnosił jeszcze mniej niż ten. Dlaczego piszę rzadko? A czemu mam pisać często? Mam ważniejsze sprawy na głowie. Jestem społecznikiem, myślę o dzieciach w Afryce, noszę koszulkę Greenpeace, działam na rzecz topnienia lodowców, czytałem trochę o tym szczycie ekologicznym co był, przeznaczam 1 procent podatku na coś tam, wczoraj miałem soję na obiad, generalnie ratuję Ziemię, Stary, a Ty co robisz, bloga piszesz?

No dobra, starczy tych wysokich tonów, następny post jaki opublikuję, będzie o ruchaniu.

Pozdrawiam

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.