Coś bardziej zaangażowanego społecznie

luty 8, 2008

Postanowiłem wypowiedzieć się na jakiś ważki społecznie temat. Niestety zorientowałem się, że wszystkie te tematy zostały już doszczętnie wyeksploatowane. Teraz Twoja siostra siedzi na stole kuchennym z nogą przez nogę przełożoną i uśmiecha się durnie z poczuciem wyższości. To między innymi ona przyczyniła się do tej nadmiernej eksploatacji zalewając frazesami całe moje życie. I teraz triumfuje, a mnie nie pozostało nic poza zdzieleniem jej w pysk.

 

Klinika dla popierdolonych ludzi

 Prowadziłem taką małą klinikę dla popierdolonych ludzi i udawałem terapeutę. Przyszedł raz do mnie kolo, który chciał opowiedzieć historię swojego życia. Koniecznie od razu, koniecznie całą, choć zaproponowałem niezobowiązujące odcinki. Gdyby już pierwszy z nich okazał się morderczy, zdążyłbym przed drugim zdezerterować nad morze, albo wystawić swojego sobowtóra-zmiennika, albo jeszcze co innego. Ale nie. Ten koleś, na oko rencista bez nogi, przymknął za sobą drzwi i powiedział:

- Mam dla pana długą historię mojego życia i muszę ją opowiedzieć, a pan musi wysłuchać, bo za to płacę, a pan za to ma płacone.

Byłem w kropce. Choć zazwyczaj nie przysparzało mi to trudności, tym razem nie potrafiłem odnaleźć w swojej głowie atrakcyjnie brzmiącej rekuzy.

- Nie jestem mistrzem riposty – określiłem się w związku z powyższym i poprosiłem nachalnego gościa, żeby usiadł. Bo cóż miałem zrobić?

Kolo usiadł, a kule, o które się podpierał położył przed sobą na podłodze.

- Mój życiowy problem polega na tym, że mam obsesję na punkcie oczodołów.

- Pan jesteś zboczony! – krzyknąłem, sugerując zbulwersowanie. – Nie mam najmniejszego obowiązku słuchać tych bezeceństw!

Wywaliłem go za drzwi, tym łatwiej, że rzeczywiście był niepełnosprawny. Ja też nie byłem przecież do końca szczęśliwy.


Bez pretensjonalnego tematu. Po prostu

styczeń 14, 2008

 

Tak lub inaczej

Zbliżałem się do trzydziestki i miałem głowę pełną myśli o przyszłości, perspektywach i innych tych sprawach, które doprowadzają do bezsenności, jeśli jest się blisko trzydziestki, nie ma się nic i czuje się narastającą presję ze wszech stron. Najbardziej irytujący są wówczas rówieśnicy, pnący się tam, gdzie sobie zaplanowali, kupujący żonom samochody i wyjeżdżający w lipcu na safari. Zasadniczo byłem racjonalny. Czemu więc nie potrafiłem spojrzeć na to racjonalnie? Bo przecież mojej żonie nie potrzebny był samochód, a mnie zbędne było safari. A jednak działała na mnie ta cała presja, jakbym nie starał się jej racjonalizować. Rozmyślałem wieczorami o szybkich pieniądzach, popadałem w bezsenność, która zaczęła nawet wypierać dobrze, wydawałoby się, prosperujący alkoholizm. Nie mogłem pić, kiedy tylko zaczynałem myśleć o tych wszystkich pierdołach, o tych tak zwanych sprawach życiowych. Próbowałem się pocieszać, przypomniałem sobie nawet tę biblijną dykteryjkę o gościu, który bogacił się przez całe życie, był pieprzonym skąpcem i uzbierał całkiem sporo pieniędzy, skarbów i innych wiktuałów, a potem zdechł i gówno z tego wszystkiego miał. Ale takie pocieszenie przynosiło mi równie dużo radości, jak majątek nieboszczykowi. Że pieniądze szczęścia nie dają, można wciskać małolatom. Żarcie kosztuje, fajki kosztują, picie też kosztuje, nie warto być w tym względzie naiwniakiem.

Przeczytałem w internecie o kolejnej podwyżce akcyzy na papierosy i to wyprowadziło mnie już w ogóle z równowagi. Skurwysyny ciągle chcą ze mnie skubać, a jeśli wyskubią już wszystko, to przemielą, wygniotą i zrecyklingują. Nie zwiększyło to mojego optymizmu i wydawało się, że ten mijający dzień będzie już prawdopodobnie zupełnie pozbawiony sensowniejszej historii, oprócz zwiększonego poziomu frustracji. Tym razem jednak było inaczej.

Poprosiłem o audiencję u Szatana. Okazał się być wyrozumiały.

Wybrałem się do jego biura umieszczonego w samym centrum Halemby przy Kłodnickiej następnego dnia rano. Wyszykowałem się jak rzadko kiedy, przypastowałem i wyglancowałem buty na wysoki połysk, przeprasowałem koszulę i odkurzyłem ciemnoszary prążkowany ancug i dobrałem do tego elegancki, wąski krawat. Czułem się w tym wszystkim jak ostatnia ciota, jakby mi ktoś jednym kijkiem od szczotki usztywnił przestrzeń pomiędzy plecami i ramionami, a drugi wsadził w tyłek. Tak odstawiony wpakowałem się do autobusu, który mnie zawiózł z Goduli na Halembę. Po drodze minąłem jedną hutę, dwie kopalnie i jeden spory zakład masarniczy. Na Chebziu wysiadło parę osób, to miałem miejsce, żeby usiąść. Na Frynie weszło kilka babć, to wstałem, żeby jedna z nich nie musiała stać.

U Szatana poczekałem chwilę w niedługiej kolejce. Przede mną stał gruby górnik, który chciał odmienić swoje życie. Wszyscy chcieli odmienić swoje życie. I nikt nie miał żadnego pomysłu. To nas łączyło.

- Papierosy mają zaś zdrożeć – zauważyłem.

- Zaś? Przecież niedawno poszły w górę – zirytował się górnik. – Kurzę już najgorszą słomę, mom se tera trawę rwać i suszyć?

No i tak żeśmy sobie pogadali, a potem górnik wszedł do środka, a ja dalej czekałem.

A potem mnie zawołano.

- Sprawa wygląda tak – rozpocząłem – że fajki drożeją, a ja nie nadążam z finansami.

Szatan przyglądał mi się przez chwilę, potem wyjął z międzyzębów ogromne cygaro wyprodukowane na udzie hawańskiej murzynki.

- Chcesz pieniędzy? – zapytał.

- Nie – odparłem.

- Pomóc ci w rzucaniu palenia?

- Nigdy w życiu.

- To czego chcesz?

Wstałem ze stołka, bo czułem, że to, co mam do powiedzenia trzeba mocno zaakcentować. Podniosłem prawicę wskazując błękitne chmury za oknem, ale szybko ją upuściłem. To było zbyt dużo. Usiadłem i powiedziałem:

- Chciałbym, żeby w moim życiu obyło się bez tej całej presji.

- OK – odpowiedział Szatan.


Zbliża się święto trupów

październik 25, 2007

Więc ja o czymś zupełnie innym może tym razem.

Kitty i ja

Kitty München miała taki styl, że na nogach miała śliskie czarne pończochy, a w głowie uniesienia filozoficzne i stawianie wielkich pytań. Na szczęście kiedy rozwierała kolana przestawała nawijać o Immanuelu Kancie, który zakładał, że podmiot jest poznawczym warunkiem przedmiotu. To był ten moment, kiedy alkohol zaczynał na nią wpływać w sposób bardziej rozrywkowy, a ja zaczynałem cieszyć się, że Kitty München postanawiała zalewać swoje rozterki właśnie ze mną. Weź go do buzi, infantylizowałem. Zapomnij o tej pruskiej mądrali.

Kitty nigdy mnie naprawdę nie kochała. Pewnie i miała swoje powody, żeby mnie nie pokochać, bo miłość to niełatwa rzecz. Trzeba się umieć oddać. Kitty dawała mi poruchać, ale jej serce było zawsze gdzie indziej. Leżała naga na zmiętym prześcieradle, wołała mnie do siebie, w lędźwiach pulsowało jej chucią, spazmy przetaczały się przez jej gębę jak czołgi po wschodnim froncie, satysfakcjonowałem ją, miała ze mnie sporo zadowolenia. Ale nigdy nie myślała o mnie jak o mężu. Gdyby mogła miałaby wielu mężów.

- To całe decydowanie jest czasem przesadnie przeceniane – mówiła.

Zdawałem sobie sprawę z pewnych trudności, których przyczyną mogła stać się Kitty. W imię świętego spokoju zrezygnowałem więc z nawracania jej na ścieżkę moralności. To mogło okazać się wyłącznie bezcelowe, a do tego zapewne przyczyniłoby się do pogorszenia sytuacji. Zawarliśmy więc zdrowy układ. Kitty robi co chce, ale jeśli robi coś, o czym nie chcę wiedzieć, to mam się o tym nie dowiadywać, niech mi nie psuje samopoczucia. Jeśli zacznę się domyślać, mam prawo sprawić jej manto i wydupczyć w zadek.

Nie muszę chyba mówić, że Kitty ma teraz w dupie dziurę wielkości kreciej nory. Kitty to straszna kabareciara.


Powstrzymać rozlew krwi

wrzesień 22, 2007

Co tu kryć – daliśmy sobie z Twoją siostrą dzisiaj w szyję. Poszło kilka flaszek. Potem ona robiła sceny, bo ona trochę dramatyczna jest po wódce. Miesza jej się we łbie, krzyczy, piszczy i złości się, a ja muszę odliczać w głowie próbując powstrzymać rozlew krwi.

 

Jesień

To była ostatnia niedziela października. Za oknem deszcz atakował asfalt, podczas gdy Wielki Mistrz gasił peta na czole przykutego do stalowego krzesła Eryka Grubego. Dywan spływał krwią martwych wojowników, którzy przybyli by ratować swojego generała. Eryk Gruby nie mógł nic poradzić, kiedy trzewia jego żołnierzy wypełniały atmosferę sali tronowej, pełnej bujnej rzeźby i duszącej wilgoci. Teraz powietrze zwilgotniało jeszcze bardziej od świeżej krwi i śmiertelnych wyziewów. Można je było ciąć nożem i rozdrapywać grabiami. Eryk Gruby załkał cicho. To już chyba był koniec, nie można było nic więcej powiedzieć.

- Będziesz musiał uznać moje duchowe przewodnictwo w Radzie, generale. Będziesz musiał uznać mój ród, mój herb, pokłonisz się przede mną i oddasz mi hołd. Może oszczędzę resztę twojej lichej armii, może nie wyrżnę ich rodzin, może nie każę zdychać im z bólu.

- Jeszcze zapłaczesz – powiedział cicho, z pochyloną głową i przymkniętymi powiekami Eryk Gruby, ostatni generał Wielkich Gór.

Wielki Mistrz odwrócił się do okna, wciąż lało. We wschodniej części miasta szalała burza, niedługo mogła dotrzeć i tu. Wszystko już chyba zostało powiedziane, a klęska generała przypieczętowana zwłokami najwyższych oficerów, groteskowo wygiętymi i pozbawionymi tej próżnej dumy i wyniosłości, które przyprawić mogły o prawdziwą irytację.

To nie trwało długo. Piętnaście minut wcześniej wpadli przez drzwi i jedno, prawe okno. Trzydziestu najlepiej wyszkolonych, wielokrotnie odznaczonych komandosów. Ich maskujące mundury dobrze się sprawdziły, przez ułamek sekundy mieli po swojej stronie zaskoczenie i zdecydowanie. Ale to była tylko ta jedna, niepełna sekunda. Wielki Mistrz nie miał problemu odeprzeć tak tego ataku, jak i wszystkich poprzednich, począwszy od szturmu Dzielnicy Południowej, kiedy fale ognia wdarły się do miasta.

Teraz mógł rozkoszować się szmerem deszczu, przerywanym tylko dalekim pohukiem burzy.

- Wielki Mistrzu, wypuść generała, wiesz, jak go potrzebujemy – Wielki Mistrz poczuł zimną stal na gardzieli. Nie mógł uwierzyć, że nic nie usłyszał, że znowu dał się podejść i znowu, choć dużo bardziej niż poprzednio, został zaskoczony. Zaskoczenie mogło dać dwie sekundy życia atakującemu, na tyle je wyceniał Mistrz. Ale nie więcej.

- Niezły z ciebie śmiałek, twoja śmierć będzie pięknym dodatkiem do mojego dzisiejszego dnia. Lepiej by było dla ciebie, gdybyś wybrał sobie inny sposób na umieranie.

- Nie martw się o moje umieranie. To ja chłodzę twoją szyję górską stalą.

- Wy górale nigdy nie znaliście umiaru – odparł Mistrz lekko unosząc dłoń. Nóż poszybował w powietrzu, po czym wbił się w sufit całym ostrzem.

Młody, ubrany na czarno mężczyzna leżał teraz na zakrwawionym dywanie, z nienawiścią wpatrując się w potężną sylwetkę Wielkiego Mistrza.

- Nie jesteś ani potężny, ani silny, ani nawet wysoki. Co ty sobie wyobrażałeś? Kim ty niby jesteś?

Jesień to istotnie pora samobójców.


kurwa, ale mnie nie było

wrzesień 21, 2007

Dopiero co pisałem jakieś głodne historie o wiośnie, a tu jesień już napierdala deszczem i nastolatki zapadają na melancholię i ogólny weltshmerz organizmu. Wpatrują się w krople deszczu rozbijające się o parapety okienne i głowią się nad przemijaniem i środkami na pryszcze. Przez ostatnie miesiące Twoja siostra była niezwykle himeryczna i to, że nie skończyła z widelcem w oku jest wyłącznie zasługą mojej niezłomnej cierpliwości.

W związku z powyższym, w najbliższych dniach (a może nawet godzinach) zamieszczę tutaj trochę świeżej literatury, dzięki czemu – a taką właśnie żywię nadzieję – świat będzie lepszy a dziewczęta chętniejsze.


Nadzieja

kwiecień 8, 2007

Idzie wiosna. Mnóstwo gówna na trawnikach.

Mam tu takie opowiadanie specjalnie dla Twojej siostry.

Hemoroidy

Jesteśmy ci pojebani. Nie mamy pojęcia dokąd nas to zaprowadzi. Pijemy, potem ćpamy, potem pijemy, potem palimy śmiercionośne papierosy. Potem wpierdalamy kiełki marchewki i zajadamy pierdolonym szpinakiem. Potem wlepiamy gały w telewizor i przedawkowujemy internet. Czatujemy z kurwami i sami jesteśmy kurwami. Całodobowe porno. Rano idziemy do roboty i zdychamy, i myślimy o 15.30, czy która tam u was jest. Przynajmniej ta laska z księgowości ma fajne nogi, a inna z audytu przyjemnie się uśmiecha. Zaprosiłbym je na kawę, gdybym tylko chciał. Ale nie chcę, wieczorem pójdę zalać pałę.

Teraz się pakuję do wyjścia i myślę o spalonych plackach ziemniaczanych z proszku z tytki, których trzy dni temu zrobiłem niezły zapas i zaraz odgrzeję je w mikrofalówce, posolę, bo wcześniej zapomniałem, podleję keczupem i musztardą, i wcisnę je sobie do gardła bez najmniejszej litości dla mojego żołądka. Mój żołądek mnie nienawidzi. Zupełnie jak spękana hemoroidami dupa.

- Krystek, muszę wyjść wcześniej – powiedziałem do szefa, z którym do tej pory nigdy nie byłem na ty, ale teraz chciałem się przyjrzeć jego ciotowatej minie.

- Aaa… proszę, proszę – wyrwałem go znad papierów, więc nie słuchał zbyt dokładnie. Nie zrobił miny.

- Będę jebał dupy całą noc – kontynuowałem. Stąpałem po cienkim lodzie.

- Tak, tak… w porządku…

- Idę do urzędu miasta i opowiem, że mnie dotykasz po fiucie, kiedy próbuję się odlać.

- Ehe.

Potem idę do domu, jest jesień, na chodniku sterta pożółkłych liści. Ani to ciepło, ani to zimno, ani to cokolwiek. Zapalam papierosa i idę dalej. Mógłbym podjechać tramwajem, ale się brzydzę społeczeństwa.

Wracam do domu, odgrzewam placki i łapię się na myśleniu, że coś jest nie w porządku.
Nie taki kiedyś byłem. Nie było we mnie tego całego cynizmu, w moim sercu kwitła miłość do ludzi. Nawet napisałem kilka chujowych wierszy o niczym. Czułem się dobrze i byłem szczupły. Nie miałem do nikogo pretensji.


Halemba spłynęła krwią

kwiecień 4, 2007

W telewizorze puste sejmowe czaszki nawijają o reformie podatkowej, która polegać ma na tym, że zamiast mnie ruchać w lewe, będą mnie ruchać w prawe ucho. Nawet Twoja siostra by się na to nie nabrała.

A teraz literatura:

Prawo wybaczania

Każdy ma prawo wybaczyć, ale czasem też każdy powinien mieć prawo nie wybaczyć.
- Suko, jesteś najgorszym koszmarem mojego zjebanego życia – poinformowałem ją ze złością.
- Ty nie jesteś lepszy – odparła wciągając majtki przez głowę.

Halemba spłynęła krwią

Pomyślałem sobie, że życie ma swoje prawa.
Mały Dawid kupił cztery bułki i jeden baton milky way, który odpakował zaraz po odejściu od kasy. Bułki zaniósł do domu, położył na stole i poszedł do swojego pokoju. Włączył komputer i cały dzień szukał pornografii w internecie.

Laura J. Pires

Bob uniósł czerwoną cegłówkę i zamierzył się na swoją przyjaciółkę, Laurę J. Pires, która leżąc teraz na ulicy, w kałuży krwi i świetle latarni, myślała o tych wszystkich piosenkach pop, których nie znosiła i miała ich serdecznie dość.
Po co ktoś pisze te wszystkie bzdury?
Czy oni naprawdę myślą, że jesteśmy tacy głupi?
A może rzeczywiście jesteśmy?


aloha

marzec 25, 2007

Sorki, że mnie nie było taki kawał czasu, ale Twoja siostra ma swoje, wcale niebanalne, wymagania. A te Camele to są trochę himeryczne. Raz są, raz ich nie ma. Już odtrąbili triumfalny powrót, a tu znowu kioskarki się tłumaczą, że przestali dowozić. Sprawie trzeba będzie się przyjrzeć. Twojej siostrze też wypadałoby zwrócić uwagę na to i owo.

A teraz literatura.

Malarze

Na uszach miałem walkmana i udawałem, że nic nie wiem, co się wokoło mnie dzieje, bo nie wiedziałbym, co powiedzieć, gdybym nie udawał. Byliśmy już gdzieś w okolicach Trzebini, pociąg był klasycznie spóźniony, przedział wypełniał smród rozpuszczalnika. Na przeciwko mnie siedział koleś z notesem i ołówkiem w dłoni, zerkał na mnie od czasu do czasu i bazgrolił. Nie prosiłem go wcale o portret, to była jego chora inicjatywa, żeby chwycić za ołówek i kreślić figury mojej niepowtarzalnej twarzy. Moja twarz była ideałem, którego nie można uchwycić, ani tym bardziej zamknąć w formie notesowego obrazka.
Jeśli ten koleś tego nie widział, nie był żadnym artystą.
Jeśli ja to wiedziałem, znaczy się, byłem samoświadomy.
A jednak nie wytrzymałem. Podniosłem się z wytartego siedzenia, żeby mieć lepszy ogląd na sytuację.
- Co tam, pan, malujesz? – zapytałem kolesia. Podniósł przykryte burzą ciemnych loków czoło i spojrzał na mnie zdziwiony.
- No, szkicuję sobie.
- Ale co?
- No…
Wyrwałem mu zeszyt i spojrzałem.
- Co to ma być?! To mam być ja?! Tak wyglądam?!
- To tylko szkic postury, taka moja interpretacja…
- Czy ja chciałem, żebyś mnie, capie, interpretował?!
- Nie…
No właśnie.

Serce i szpada

Jestem romantykiem i do wszystkiego podchodzę z sercem. Czytam gazetę, piję kawę, palę szluga, dym kopci mi się przez pory skóry. Zawsze z sercem. Wpatruję się w nagi biust kobiety reklamującej numer telefonu, pod którym, jeśli zadzwonisz, uzyskasz szczegółowe informacje dotyczące jej wyimaginowanego życia erotycznego. A może nawet błogie obietnice: „chwycę twojego rumaka i obciągnę ci słodko”, „weźmiesz mnie ostro od tyłu”, „damy czadu”. Mam sporo serca, tu i ówdzie.

Chcę wódki

Chcę wódki, wina i efedryny. A potem świat się będzie kręcił, a ja będę pisał poezję, prozę i scenariusze dramatycznych w wymowie filmów pornograficznych.

Możliwość

Jeśli masz dwie opcje: zabić i nie zabić, zawsze wybieraj zabić.


powiększ sobie penisa

luty 27, 2007

na zewnątrz piździ i leje, nastolatki piszą wiersze przed telewizorami, Twoja siostra była wczoraj jakaś oklapła.

mam dla Ciebie trochę sztuki rysunkowej:

 

oraz dwa krótkie opowiadania, które objaśnią Ci istotę kosmosu:

Cztery fiuty

Mam 4 fiuty. Z jednego robię lasso i sięgam nim po fajki. Drugim drapię się po plecach. Trzecim mogę posiekać bazylię na pesto. Czwarty to klucz do mojego człowieczeństwa.

Trzy suki

W jednym takim miejscu widziałem trzy suki. Każda miała po piździe, co daje łącznie trzy pizdy.


witam, możliwe, że trafiłeś całkiem nieźle

luty 26, 2007

nie jestem typem natchnionego blogera. nie interesuje mnie komentowanie polityki. na politykę to ja serdecznie sram. nie obchodzi mnie to, czy premier ubiera się w swetry, czy jeden z ministrów nosi krótkie spodnie a drugi rucha prostytutki, i czy prezydent jest zbyt niski lub zbyt podobny. nie jestem ojcem dziecka Anety K., jak też nie jestem jej własnym ojcem.

lubię palić papierosy. palenie jest w porządku, nie ma żadnych przekonujących dowodów, że jest inaczej. nie będę się kłócił z mitami o paleniu, jestem ponad to. na polski rynek wróciły Camele. na razie smakują lepiej niż konkurencja. trzymam kciuki, żeby po okresie promocji nie zmieniły smaku jak kilka innych skiepszczonych marek. i żeby nie zaczęli do nich wkładać filtrów węglowych.

w przyszłości postaram się wrzucać tutaj trochę niezobowiązującej literatury i kuriozalnej erotyki. sam nie jestem specjalnie interesujący, więc oszczędzę Ci zwierzeń. nie golę nóg i nie jestem metroseksualny, to wszystko, co powinieneś o mnie wiedzieć.

pozdrowienia dla Twojej siostry.

szymek